
- komiks:
*Valkyria chronicles artbook - Ponad 400 stron wypełnionych po brzegi concept artami, szkicami, tekstami, wywiadami, zdjęciami, opisami, relacjami i toną innego materiału. Cud, miód i orzeszki. A jak jeszcze jesteście fanami serii to już w ogóle nic więcej do szczęścia wam nie trzeba. Zaporowa cena, za to porządny materiał.

*Saga (vol 1) - Mili Państwo, gdyby tylko wszystkie komiksy mogły pochwalić się tak dobrą historią, ciekawymi bohaterami i dialogami, to człowiek nie wyrobiłby z kupowaniem tych cudeniek. Pierwszorzędny komiks w klimatach fantasy. Sceny i dialogi momentami przypominają mi Tarantino.
+film
*Batman - maska batmana - Ach te lata 90' i ich pierwszorzędne animacje. Nic się nie zestarzał ten Netoperek. Historia nadal daje radę (początki batmana i wyjaśnienie co jest czym u Gacka), tła i animacja - tip top, a o oryginalnych głosach już nie wspomnę. Klasyk.



*7 psychopatów - Ubolewam niezmiernie gdy film ma aspirację do bycia wielkim (świetny scenariusz, zapowiedz błyskotliwych tekstów, doskonałe aktorstwo), a kończy w kategorii "dobry". Szału nie ma, są liczne dłużyzny, zaś kilka ciekawych scen nie ratuje całości. Ot, jest dobrze, bywa świetnie, lecz całość zbyt często ociera się o zwyczajną przeciętność. Szkoda.

*21 Jump Street - ło jezusicku jaki ten film jest durny. Właściwie pomijając

+seriale

+gry

*Hotline Miami - brutalna, schizowata, rozpikselowana, wypełniona klimatem Vice City cholernie wciągająca gra? Żeby tylko! Do tego wypełniona easter eggami, kilkoma zakończeniami, dość krótka podróż gdzie będą pękać czaszki, krew lać będzie się strumieniami, a klimatyczna muzyka sprawi, że ciężko będzie nas odciągnąć od komputera. Cudeńko.
* Professor Layton and the last specter - Pietyzm i geniusz - tak w dwóch słowach mogę opisać ostatnią część przygód Laytona. Gra wywołuje całe spektrum emocji, grafika już dawno dogoniła studio Ghibli, gameplay'owo nie można zarzucić kompletnie nic, a sama historia wciąga jak ruchome piaski. No i liczba mini gierek i bonusów, którymi można się zająć po właściwej grze. Takie małe dzieło sztuki, którym można cieszyć się w każdym miejscu :)
*Cold fear - kawał dobrze zorganizowanego kodu binarnego. Nie kumam dlaczego tak mało osób grało w tę grę gdyż zabawa jest przednia. Ot, taki resident evil tylko z dobrym sterowaniem, fajnymi patentami, klimacikiem i mięchem (ach te wybuchające głowy). A na deser pokaźna galeria "the making of". I gdyby tak jedynie dać dłuższą rozgrywkę i wywalić parę nieistotnych baboczków...
*Tony Hawk Proving ground - zabawne, że żaden Tony od lat nie przyciągnął mnie do konsoli jak wersja na NDS. Ale czego my tu nie mamy - genialny OST (Nirvana, Foo Fightersi - YES!), przemyślane sterowanie, długi gameplay (masa opcji i zadań), bardzo dobre mapki, masa usprawnień względem poprzednika, a do tego żadnych durnych udziwnień. Pure gameplay at its finest.
*Ontamarama - Atlus + gra muzyczna? Idealne połączenie. W teorii - jak najbardziej. W praktyce trochę mniej. O ile samej grze nie można za wiele zarzucić (dobra, rzemieślnicza robota), tak już długość gry (12 utworów) kuje po oczach. Podobnie brak czynnika "chce do tego wrócić". Ot spróbować, przejść i wsio.
*Looney Tunes - duck amuck - Doceniam oryginalne głosy i fakt bycia CHOLERNIE zabawnym tytułem. Doceniam idee i styl gry. Czego z kolei nie mogę zdzierżyć, to fakt, iż jest to w gruncie rzeczy (niestety, w większości) mix słabych mini-gierek i krótkiego (aż za bardzo) gameplayu. Ale w ramach ciekawostki, można łyknąć.
+filmy
#Hobbit
Kolejna ekranizacja Tolkiena. I Jackson który potwierdza że, chyba niestety, trylogia pierścienia wyszła mu tak świetnie przypadkiem. Hobbit to dobry film przygodowy. Ale tylko dobry, mieszanie w fabule potęguje tylko wrażenie że reżyser jest na etapie King Konga. I ze wspaniałych rzeczy robi po prostu takie se. Nic specjalnego. Może w 3D robi lepsze wrażenie, nie wiem, nie zobaczę.
+seriale


Oglądam za to znowu i od nowa Whose Line Is It Anyway? I to nadal jest jeden z najlepszych amerykanskich produktów komediowych. Pomimo tego że na licencji brytyjskiej. Improwizowana komedia gdzie wszystko jest wymyślone a punkty nie mają znaczenia. Dokładnie, punkty są jak moje obietnice.
+książki/komiksy
#Wybawiciel

Booooriiiiiiiiiiing. Wiemy kto zabił, nie wiemy dlaczego i jaki to ma związek z innymi bohaterami. I nic w tej opowieści nie stara się nas nakłonić do tego żebyśmy chcieli się dowiedzieć. Lektura porywająca jak oglądanie krowy skubiącej trawę. Albo i mniej.
+gry
#Sleeping Dogs
Kolejna gra z logo Square Enix przed menu. I trochę tłumaczy dlaczego Hitman jest taki a nie inny. Widzicie, w Hitmanie spotykamy Kane'a i Lyncha. W Sleeping Dogs możemy się przebrać za agenta 47. Możemy się też przebrać za bohatera Just Cause 2 a w radiu usłyszeć reklamę wpsniałego Panau (które jako Scorpio wysadzamy w powietrze). Ale wrócmy do Hong Kongu. To jest świetnie zrealizowana gra, ze wspaniałą grafią (deszcz powodował ze od razu przypominała mi się Czarna Maska z Jetem Li) i bardzo dobrze napisanym scenariuszem. Historia jest bardzo wiarygodna, buduje napięcie i daje nam mozliwość utożsamienia się z bohaterem zamiast kwestionować faktu dlaczego gramy takim pacanem. Do tego dochodzą ukryte elementy których odnalezienie jest zgrabnie wplecione a ich poszukiwanie ułatwione przez inne około fabularne eventy. A wyścigi kojarzą mi się z tymi z Minidight Club.
JAPONFAN