Monday, January 28, 2013

W 2 zdaniach #4



Styczeń 2013:
- komiks:

*Valkyria chronicles artbook - Ponad 400 stron wypełnionych po brzegi concept artami, szkicami, tekstami, wywiadami, zdjęciami, opisami, relacjami i toną innego materiału. Cud, miód i orzeszki. A jak jeszcze jesteście fanami serii to już w ogóle nic więcej do szczęścia wam nie trzeba. Zaporowa cena, za to porządny materiał.


*Punk Rock Jesus - sześcioczęściowa mini-seria od Vertigo - i w sumie wszystko jasne. Kawał solidnie wykonanego komiksu zarówno od strony graficznej (FENOMENALNE rysunki), jak i fabularnej. Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się jak mogło by wyglądać powtórne przyjście Jezusa na świat, to ma właśnie odpowiedź w tym komiksie. Solidne czytadło.

 

 
*Saga (vol 1) - Mili Państwo, gdyby tylko wszystkie komiksy mogły pochwalić się tak dobrą historią, ciekawymi bohaterami i dialogami, to człowiek nie wyrobiłby z kupowaniem tych cudeniek. Pierwszorzędny komiks w klimatach fantasy. Sceny i dialogi momentami przypominają mi Tarantino.

 








+film

*Batman - maska batmana - Ach te lata 90' i ich pierwszorzędne animacje. Nic się nie zestarzał ten Netoperek. Historia nadal daje radę (początki batmana i wyjaśnienie co jest czym u Gacka), tła i animacja - tip top, a o oryginalnych głosach już nie wspomnę. Klasyk.


 





 *Silent Hill: Revelation - Kolejna ekranizacja w formie teledysku? I tak, i nie. Fabularnie bywa słabo (ot, zbitka motywów prowadzących od jednej znanej sceny do drugiej), aktorsko zaś różnie (są perełki, są i słabsze momenty). Gdyby jednak wziąć pod uwagę klimacik, smaczki, muzykę i efekty (DAMN, no ktoś się przyłożył do tego), to może się podobać. Dla mnie spoczko, choć to bardziej spektakl dla oczu i uszu. Następnym razem mniej hollywood i plastiku i będzie dobrze. PS. Szkoda, że końcówka posysa, chociaż za pewne dwa smaczki przymknę na to oko.


*Django - Tarantino, dziki zachód i 3 godziny solidnego materiału. Warto było czekać, warto było obejrzeć, warto zapamiętać. Kolejny tytuł, który natychmiast dostanie plakietkę "klasyk". Oj, Quentin... wiesz jak nakarmić gawiedź.



 






 
*7 psychopatów - Ubolewam niezmiernie gdy film ma aspirację do bycia wielkim (świetny scenariusz, zapowiedz błyskotliwych tekstów, doskonałe aktorstwo), a kończy w kategorii "dobry". Szału nie ma, są liczne dłużyzny, zaś kilka ciekawych scen nie ratuje całości. Ot, jest dobrze, bywa świetnie, lecz całość zbyt często ociera się o zwyczajną przeciętność. Szkoda.


* Sinister - Doceniam horror, który potrafi być straszny, potrafi wystraszyć człowieka w paru momentach, trzyma w napięciu do ostatnich chwil i ma rewelacyjną ścieżkę dźwiękową. Czego nie lubię w horrorach, to sprowadzanie całości do sił nadprzyrodzonych i zostawiania widza z zakończeniem "bo tak" (ja kumam, że to ma ręce i nogi i że nie jest źle, ale wolę jednak wytłumaczenia naukowe - psychole, trutki etc.). Koniec końców, warto mimo wszystko obejrzeć.

 




*21 Jump Street - ło jezusicku jaki ten film jest durny. Właściwie pomijając JEDNĄ scenę (trwającą 10 sekund) nie można napisać nic dobrego o tym chłamie. Wulgarny, prymitywny, nudny, mdły, pozbawiony jakichkolwiek wartości śmieć.Gdyby ktoś miał nadmiar wolnego czasu albo lubił klimaty licealnych imprezek i ich konsekwencji... ale znam 1000 innych (LEPSZYCH) sposobów na spędzenie 1,5h, niż w towarzystwie byle jakich i nie mających żadnego sensu filmów (Serio - dla kogo to niby nakręcono?).


+seriale
* the last airbander - (61 odcinków) - Tego typu seriale animowane przywracają mi wiarę, że jeszcze świat nie zalała wielka fala tsunami kału. Jest więcej niż dobrze - zaczynając od świetnie poprowadzonego wątku fabularnego, przez animację (oh yeah, baby), muzykę, na humorystycznych wstawkach skończywszy. I pomyśleć, że w tym samym czasie ludzi karmi się szajsem pokroju Di(z)ney Channel.


+gry

*Hotline Miami - brutalna, schizowata, rozpikselowana, wypełniona klimatem Vice City cholernie wciągająca gra? Żeby tylko! Do tego wypełniona easter eggami, kilkoma zakończeniami, dość krótka podróż gdzie będą pękać czaszki, krew lać będzie się strumieniami, a klimatyczna muzyka sprawi, że ciężko będzie nas odciągnąć od komputera. Cudeńko.


 





* Professor Layton and the last specter - Pietyzm i geniusz - tak w dwóch słowach mogę opisać ostatnią część przygód Laytona. Gra wywołuje całe spektrum emocji, grafika już dawno dogoniła studio Ghibli, gameplay'owo nie można zarzucić kompletnie nic, a sama historia wciąga jak ruchome piaski. No i liczba mini gierek i bonusów, którymi można się zająć po właściwej grze. Takie małe dzieło sztuki, którym można cieszyć się  w każdym miejscu :)

 

*Cold fear - kawał dobrze zorganizowanego kodu binarnego. Nie kumam dlaczego tak mało osób grało w tę grę gdyż zabawa jest przednia. Ot, taki resident evil tylko z dobrym sterowaniem, fajnymi patentami, klimacikiem i mięchem (ach te wybuchające głowy). A na deser pokaźna galeria "the making of". I gdyby tak jedynie dać dłuższą rozgrywkę i wywalić parę nieistotnych baboczków...

 

*Tony Hawk Proving ground - zabawne, że żaden Tony od lat nie przyciągnął mnie do konsoli jak wersja na NDS. Ale czego my tu nie mamy - genialny OST (Nirvana, Foo Fightersi - YES!), przemyślane sterowanie, długi gameplay (masa opcji i zadań), bardzo dobre mapki, masa usprawnień względem poprzednika, a do tego żadnych durnych udziwnień. Pure gameplay at its finest.

 



*Ontamarama - Atlus + gra muzyczna? Idealne połączenie. W teorii - jak najbardziej. W praktyce trochę mniej. O ile samej grze nie można za wiele zarzucić (dobra, rzemieślnicza robota), tak już długość gry (12 utworów) kuje po oczach. Podobnie brak czynnika "chce do tego wrócić". Ot spróbować, przejść i wsio.

 

*Looney Tunes - duck amuck - Doceniam oryginalne głosy i fakt bycia CHOLERNIE zabawnym tytułem. Doceniam idee i styl gry. Czego z kolei nie mogę zdzierżyć, to fakt, iż jest to w gruncie rzeczy (niestety, w większości) mix słabych mini-gierek i krótkiego (aż za bardzo) gameplayu. Ale w ramach ciekawostki, można łyknąć.




Haku 







+filmy

#Hobbit 
Kolejna ekranizacja Tolkiena. I Jackson który potwierdza że, chyba niestety, trylogia pierścienia wyszła mu tak świetnie przypadkiem. Hobbit to dobry film przygodowy. Ale tylko dobry, mieszanie w fabule potęguje tylko wrażenie że reżyser jest na etapie King Konga. I ze wspaniałych rzeczy robi po prostu takie se. Nic specjalnego. Może w 3D robi lepsze wrażenie, nie wiem, nie zobaczę. 



+seriale
Albo mam jakiś marudny okres albo coś ale Arrested Development mnie nie wciągnał i nie powalił. Bliżej mu do Sexu w wielkim mieście jako obyczajówka a nie komedia. Ale moze to Cera który nie wiem czy umie grać czy wszędzie zatrudniają go bo potrafi tak świetnie nie udawać nikogo. 
 
Oglądam za to znowu i od nowa Whose Line Is It Anyway? I to nadal jest jeden z najlepszych amerykanskich produktów komediowych. Pomimo tego że na licencji brytyjskiej. Improwizowana komedia gdzie wszystko jest wymyślone a punkty nie mają znaczenia. Dokładnie, punkty są jak moje obietnice.





+książki/komiksy



#Wybawiciel
Norweski kryminał autorstwa Jo Nesbo. Ja nie czytam thrillerów, kryminałów, opowieści policyjnych. Bo mnie po prostu nudzą. I ten nie zmienia mojego zdania. Tekst na "zajawce" mówi: "Podczas przedświątecznego koncertu w zasypanym śniegiem Oslo ginie jeden z członków Armii Zbawienia. Fotograf prasowy uchwycił prawdopodobnego zabójcę na zdjęciach, ale ekspert od identyfikacji ma kłopoty z jego rozpoznaniem. Pościg komisarza Harry’ego Hole za człowiekiem bez twarzy toczy się w ciemnych zaułkach stolicy Norwegii, wśród narkomanów i dewiantów."
Booooriiiiiiiiiiing. Wiemy kto zabił, nie wiemy dlaczego i jaki to ma związek z innymi bohaterami. I nic w tej opowieści nie stara się nas nakłonić do tego żebyśmy chcieli się dowiedzieć. Lektura porywająca jak oglądanie krowy skubiącej trawę. Albo i mniej.



+gry
#Sleeping Dogs
Kolejna gra z logo Square Enix przed menu. I trochę tłumaczy dlaczego Hitman jest taki a nie inny. Widzicie, w Hitmanie spotykamy Kane'a i Lyncha. W Sleeping Dogs możemy się przebrać za agenta 47. Możemy się też przebrać za bohatera Just Cause 2 a w radiu usłyszeć reklamę wpsniałego Panau (które jako Scorpio wysadzamy w powietrze). Ale wrócmy do Hong Kongu. To jest świetnie zrealizowana gra, ze wspaniałą grafią (deszcz powodował ze od razu przypominała mi się Czarna Maska z Jetem Li) i bardzo dobrze napisanym scenariuszem. Historia jest bardzo wiarygodna, buduje napięcie i daje nam mozliwość utożsamienia się z bohaterem zamiast kwestionować faktu dlaczego gramy takim pacanem. Do tego dochodzą ukryte elementy których odnalezienie jest zgrabnie wplecione a ich poszukiwanie ułatwione przez inne około fabularne eventy. A wyścigi kojarzą mi się z tymi z Minidight Club. 


 JAPONFAN








Thursday, January 24, 2013

Strefa JAPONa #2

Biorę tabletki na uspokojenie. Takie z magnezem, witaminą B6, rumiankiem, melisą i czymś tam jeszcze.
Ale to nie pomaga. Po raz kolejny gram w grę, która pretenduje do miana gry AAA, zdobywa na serwisach 9/10 a mnie krew zalewa i pianę z gęby toczę jak w nie gram.
Najpierw był Hitman: Redystrybucja. Gra na którą czekałem z niecierpliwością bo nie miała być rebootem ani kontynuacją stworzoną przez inne studio. Czyli miało być fajnie snie? No nie. To podróbka Assasin Creeda/Batmana z bohaterem wziętym z serii o Agencie 47. Scenariusz poszczególnych plansz jak i całości jest zwidem pijanego scenarzysty "Na dobre i na złe" po przeczytaniu Ultimatum Bourne'a. Super zabójca o nadludzkich umiejętnościach zachowuje się jak pacan dając się "wrobić". Obojętnie jak dobrze nam idzie w misji końcówka robi nam "już był w ogródku już witał się z gąską". Zamiast budować i podnosić wymagania wobec gracza mamy co kilka misji restart. Zerujemy zasoby, broń i zaczynamy od nowa. Do tego dochodzi fatalne zaprojektowanie plansz i ich wykonania. Skrypciocha aż boli w zęby, a jakieś fatalne glitche w kodzie powodują że odwrócenie uwagi raz działa idealnie raz nie (co niestety jest zauważalne po 10 podejsciu od ostatniego checkpointa), uwaga przeciwników jest wybiórcza a gra chyba losowa wybiera kiedy odliczyc nam punkty za "zauważenie".
Poza tym to nie jest gra o cichym zabojcy. To opowieść o tych ludziach ktorzy chorobliwie kolecjonują wszystko. Są plansze których nie możemy ukonczyc z tytułem "silent assasin" ale możemy ją zrobić na 100% zbierając żelazka, robota zabawkę i książkę. To Skaut Kwatermaster czy coś?
Do tego dochodzą jakieś bzdury pokroju ulepszanie naszego bohatera. FUUUUUUUCCCCCKKKKKK! Ta gra ma byc o ulepszonym kolesiu od samego poczatku. Grali w pierwszą część? Genetycznie zmodyfikowany nadczłowiek bez emocji. ALEEEEEEEE NIEEEEEEEE. Dowalmy mozliwośc zdobycia większej odpornosci na pociski i szybszego biegania. Bo to jest to czego potrzeba graczowi. Kolejnego Kane & Lyncha. A może tak zróbmy plansze którą mozna zaliczyć wygrywając konkurs na ilość celnie oddanych strzałów. To przeciez inna wersja uwiebialnej przez graczy misji ze strzelaniem z jednego miejsca do pojawiajaych się wrogów.
No i brak mapy. Co jest dla mnie wielkim sygnałem że to nie jest gra dla 47. Możemy sobie darować planowanie. Rozpoznanie wykonujemy bojem po 15 razy żeby na końcu po idealnie wykonanym przejsciu (czyli niezauważeni) być zmuszonym do zabójstwa 10 kolesi przy pomocy miny, beczki z benzyna i butli z gazem (nie że po koleji albo do wyboru, takie kombo następuje tych wszystkich rzeczy). Za co dostajemy achievmenta chyba a na pewno dodatkowe punkty i odznaczone wyzwanie. A taki wybuch (w jaskini) nie przykuwa uwagi innych straznikow znajdujacych się w promieniu 20 metrow. Bo nie. Skrypt.
Ta gra miala miec jedno wyzwanie. Cel na końcu każdej misji. I wewnętrzny (dla gracza) wymóg przejscia na "silent assasin". Ale nie ma. Ktoś sobie wymyslił słabą fabułę i kazał stworzyć bandzie leniwych ludzi grę. Widzę że leniwych bo zamiast stworzyć ciekawy produkt powtarzają schematy i zmieniają tylko otoczenie kopiujac z innych gier i samej siebie.
Co do oprawy graficznej. No fajnie. Tylko po co? Misje w ktorych ukrywamy sie wśród ludzi to dla mnie powtórka z Nowego Orleanu, przy czym wtedy naprawde czuło sie wtapianie w tłum. Tutaj? Szukaja łysego kolesia. Wsród setek ludzi na stacji jestesmy jedynym łysym facetem! Mogli dorzucic chociaz kilka modeli agresywnych skinów bo świetnie wychodzi nieprzyłożenie się do zadania. Jedyny łysy facet na zamkniętym obszarze które nikt nie zauważa jeśli odwrócimy się do policjanta tyłem.Do tego dochodzą wspomniane wyzwania. Mozna tą misje przejść TEORETYCZNIE idealnie. Ale tylko teoretycznie bo w wyzwaniach mamy zabójstwo policjantów, zebranie tych pierdół i wyzwania które w każdej misji się wzajemnie wykluczają. Jedno to przejście tylko w garniaku drugie to założenie każdego możliwego przebrania. Super, tego mi właśnie potrzeba jako motywacji do rozegrania jeszcze raz jakiejś planszy. Przebieranek. Ale za to wynagrodzi nam to zachowanie przeciwników którzy otwierają ogień w tłum z broni maszynowej jeśli skrypt uzna że nas zauważyli. Strzelają do osoby PODEJRZANEJ o zabójstwo. Strzelaja tylko dlatego że projektant uznał że tylko w ten sposob zmusi nas do ukrywania się/zabicia wszystkich. Wymuszanie jednej słusznej wizji thru superior firepower.
Dla mnie gra zasługuje najwyżej na 5/10.
Chyba że zmienia nazwe i wydadzą jako "przygody kompuslywnego frajera". Wtedy to będzie 6/10 bo za mało zagadek.

A potem zagrałem w Saint Rows The Third które pokazało że można zrobić grę na luzie i dającą przyjemność ale rozwalić ją DLC (o błedzie tego modelu biznesowego innym razem).Czyli cisnienie mi spadło. I wziałem Far Cry 3.
I znowu oczy mi bielmem zaszły, zacząłem mówić językami a kawę piłem żeby się uspokoić.
Z jednej strony mam przepiekny otwarty świat w cudownej oprawie graficznej (takie Just Cause tylko bez przymrużenia oka), ze wspaniałym światem, stworzeniami róznego rodzaju które zachowują się jak na zwierzęta przystało (roślinożercy uciekają, drapieżnik stara się nas zjeść), możemy zbierać roślinki i robić z nich rożne mikstury które pomagają nam w przetrwaniu. Taki rozbudowany symulator safari. Ale ze symulatory polowań kupują amerykanie którym się skończyło paliwo w ich pickupach to postanowili dorzucić fabułę.
I znowu ta fabuła jest poszatkowana, niedopracowana jakby scenarzyście po każdej napisanej stronie wygrzebywali łyżeczkę mózgu. Co mi w niej przeszkadza? Ano to że jesteśmy amerykańskim dzieciakiem który ma problemy. Naprawdę, jeśli zabili ci brata, porwali twoich znajomych a ty jesteś szprycowany narkotykami ale jak podpalasz ludzi mówisz "this is fun!" to masz problem. Masz poważny problem młody człowieku. Taki ten nasz bohater jest napisany. Trochę tępawy, z mózgiem przeżartym przez narkotyki (jak i reszta ludzi z tej wycieczki) i troche chyba niezbyt kontaktujacy z otaczającą go rzeczywistością. Do tego dochodzą cytaty z "Alicji w krainie czarów" (o której kiedyś wspomniałem że to amerykański znaczek szaleństwa) które nijak sie nie maja do fabuły, albo mają ale są tak odlotowe że ich nie skumałem.
I znienawidzony sposób wymuszania. Kurna chata, to jest otwarty świat czy nie? Sa miejsca w którym nie możemy użyć broni. Nie dlatego że ją nam wcześniej odebrali (jak w Fallout New Vegas) czy ja straciliśmy (jak w Hitmanie) tylko dlatego że znika. Nie ma, strefa wolna od fps-a. Pól biedy kiedy zdąża sie to nam w sklepie, okej rozumiem, sprzedawczyni ma w reku shotguna i lepiej nie zabijać przyjaznego NPC-a. Ale kiedy stoi przed nami postać która mamy zabić (bo to cel tej zabawy), to do jasnej cholery, nie pozbawiajcie mnie tej możliwości w tak durny sposób. Albo nie róbcie z tego quickeventu walki na noże chociaż 30 sekund wcześniej byłem obwieszony bronią (i znowu będę po cutscence). Do tego dochodzi poczucie frustracji z tego jakim kretynem jest nasz bohater. Chcemy uratować przyjaciela, znamy kolesia który go przetrzymuje. I grzecznie wykonujemy dla niego misje chociaż nasz młodzieniaszek mówi że z chęcia by go zabił. A może tak potorturować żeby się dowiedzieć gdzie go przetrzymuje? Przestrzelić dłonie? Przeciąć więzadła skokowe i przypalać mosznę ogniem? Oczywiści że nasz bohater na to nie wpadnie. Może dlatego że kiedy widzimy tego facet przestajemy grać a zaczynamy oglądać filmik. Nie taki ten sandbox sandboxowy kiedy odbiera nam możliwość oddziaływania. Jest mnóstwo innych sposób żeby w ładny sposób blokować ściezki na które gracz chciałby wejść. A odbieranie graczowi sterowania nie jest taką metodą. To sposób na frustrację. Które rośnie z każdym elementem w którym gra przestaje byc grą a jest zmuszaniem do oglądania taniej podroby "Piły".
Będzie spoiler.

Raz
Dwa
Trzy
SPOILER.
Nasz przeciwnik (nomen omen bardzo ciekawie rozpisany) związał nas, przyczepił do betonowego bloczka i chce zrzucić do studni w celu pozbawienia nasz dostępu do powietrza. I nawija swoją gadkę przez jakieś dwie minuty. Dwie minuty w których nic nie robimy tylko mamy słuchać. Jest na wyciągniecie ręki od nas. Moglibyśmy się na niego rzucić i zabrać go ze sobą w czeluścia. Moglibyśmy spróbować owinąć sznur wokół jego szyji i go udusić. Ale nie, siedzimy jak ta pierdoła i słuchamy jego wywodu. I dopiero kiedy trafimy już do tej wody, Hura Hura, quickevent.
Trzy
Dwa
Jeden
KONIEC SPOILERA.

Każda smierc przeciwnika która wymaga naciskania określonych guziczków jest zaprojektowana jako wizja (co stało sie moim założeniem, nieco na wyrost, że rzeczywistość w której gramy nie ma miejsca). Jakiś dziwaczny pojedynek man-o-mano chociaż sekundę wcześniej byliśmy otoczeni ludzmi z bronią którzy celowali w naszą głowę a my nie mieliśmy nic. I nagle hopla hopla, mamy nóż, dodatkowi przeciwnicy znikają.
Zarówno Batman: AA jak i AC pokazały jak może taki pojedynek z bossem wyglądać (plansze Scarecrowa lub Mad Hattera). Tylko ze one wczesniej pokazywały odurzenie naszego bohatera. Tutaj ten sen/koszmar/wizja biorą sie znikąd. Pojawiaja się po tym jako zostaliśmy obezwładnieni (i dlatego walczymy i mamy broń?) lub zrobiono nam krzywdę (szkoda tylko że jak wyjmujemy ząb rekina z dłoni to nie ma takiej reakcji organizmu).
Widać irytujący brak pomysłów na realizację pewnych założeń i wtłaczanie gracza w założone schematy jednocześnie starając się sprezentować wielki otwarty świat. Albo mleko albo kakao. Albo lepiej się przykładać do pracy.
Bo takim nieprzykładaniem się są na przykład updaty naszych zdolności. Po zdobyciu odpowiedniej ilości XP mamy kolejny lewel i możemy wybrać sobie jakąś umiejętność. W tym taką której niiiigdy nie będziemy używać bo mapa jest tak zaplanowana że element A nie występuje w okolicy elementu B a tego wymaga ta umiejętność. Czyli zupełnie nieprzydatna.
Jednak w przeciwieństwie do Hitmana do zakończenia tej gry się przykładałem. starałem się skończyć się ja jako gracz a nie wyrobnik odhaczający zobaczenie napisów końcowych.
I to fajna gra. Można wyzwalać obozy, wypełniac misje poboczne, uczestniczyć minigierkach i polować na zwierzynę dla frajdy polowania. I to w tej grze wygląda znakomicie. I tyle. Nie grajcie w fabularną jej częśc jeśli chcecie grać w sandboxa.

Sunday, December 30, 2012

Concept art #5









Raport z placu boju
No i stało się. Małymi kroczkami, acz oficjalnie, Haku dołączył do grona dwóch ekip - Enidust oraz Evil Indie Games. Ta pierwsza odpowiedzialna jest za tytuł MMORPG, który powinien wylądować na rynku PC w okolicach 2014. Ta druga produkuje gry na telefony komórkowe. W jednej stanowisko Concept Art, w drugiej Game Design+Concept. Z obu płynie mnóstwo pozytywnego doświadczenia, które powinno zaowocować w przyszłości. Gdy będę w posiadaniu namacalnego kodu lub dostanę pozwolenie na publikację materiałów, nie omieszkam poinformować.
Rok 2012 kończy się interesująco; rok 2013 musi być jedynie lepszy :)

Haku 






Thursday, December 27, 2012

W 2 zdaniach #3


Listopad 2012:

+gry:


* Contra 4 - niby jest wszystko czego można by chcieć od serii Contra - nawiązanie do pierwowzoru, świetna grafika, dobry poziom trudności, chwytliwa muzyczka, ciekawe patenty, ulubione bronie, a jednak magi nie poczułem. Trochę szkoda, bo niby wrażenia i odczucia miałem pozytywne a jednak prędko nie wrócę do tego tytułu.



 

* Disgaea DS - Mimo, iż jest to mój pierwszy kontakt z tą serią, to muszę zadeklarować, iż stałem się jej wielkim fanem. Kretyński humor (demon, którego słabością są duże biusty, pingwiny-służący, mech o imieniu czwartek), levelowanie do 9999 poziomu, 1milion Hit combo, długaśny gameplay i wciągająca rozgrywka - koniecznie muszę zasmakować pozostałe części, bo system wręcz się prosi o nowe mapy i wrogów, których chaiłbym pokonać :)



+film

*Argo - Affleck jako aktor sprawdza się średnio, lecz jako reżyser wręcz idealnie. Od czasów Frost/Nixon, żaden "gadający" film, nie trzymał mnie tak
w napięciu, więc tym bardziej warto poznać historię konfliktu irańsko-amerykańskiego (w latach 70) i jego skutków. 



*Dredd 3D - chociaż momentami jest zbyt plastikowo, zaś efekty specjalne wsadzono ku uciesze gawiedzi (10 minutowe slow motion? serio?) to i tak jest lepiej niż się spodziewałem. Dobre kino akcji, chociaż ilość rozerwanych kończyn i przelanej krwi (bywa mocno mięsiście) może być dla słabszych duszyczek męcząca w odbiorze.

*Butter - typowy familijny film, gdzie główna oś fabuły kręci 
się wokół rzeźbienia w maśle. Dla paru zabawnych tekstów i pseudo lesbijskiej sceny z oliwią wilde można zassać, choć i tak zapomnimy o tytule następnego ranka.








*The Man from nowhere - koreańska próba uchwycenia procederu handlowania ludźmi i ich organami przepełniona niezliczoną ilością brutalności? SUPER! Do tego rewelacyjne sceny walki, trzymająca w napięciu fabuła i dające po nereczkach zakończenie - cholernie miodna pozycja.





*The Man with Iron Fists - Jednym zdaniem - Afro Samurai w realu; z tego względu trzeba przygotować się na nieporawdopodobne sceny walki (są tak głupie), absurdalnych wrogów, CGI krew, duże ilość rapu i niedorzeczności fabuły. Ja tam lubię takie bzdurki, więc bez większego problemu obejrzałem i dobrze się bawiłem. Reszta może nie wytrzymać natłoku głupoty płynącej z tego tytułu.


 


+komiks

*Spider man (od brand new day do - 577) - przyznam szczerze, że dałem serii
drugą szansę, gdyż za pierwszym razem nie mogłem pogodzić się z faktem iż całe uniwersum spidera zostało zresetowane kompletnie, zaś fani konkretnie wydymani. Póki co, pomijając parę minimalnych baboli, seria ma całkiem dobre historie, dialogi dają radę (ZABAWNY spider man? W KOŃCU), a całość częściej niż dotychczas puszcza oczko w stronę czytelnika. *Batman (620- 645) - czy istnieje lepszy sposób aby zacząć czytać przygody Batmana niż od duetu odpowiedzialnego za 100 naboi? Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że historie o netoperku są tak dobre (zarówno fabularnie jak i graficznie), zaś mini historia o "red hodzie" jest tak samo dobra jak wersja animowana (kto nie widział, niech nadrobi). Dobre pierwsze wrażenie rokuje na kolejne miesiące czytania i zagłębiania się w to uniwersum :)


 * Los angeles ink stains- o życiu w LA z perspektywy mojego "mentora" Jima Mahfooda czyli autobiograficzny komiks pełen funku, marychy i szalonych rysunków. Samo dobro. Jeżeli ktoś nie zna twórczości Mahfooda, nie zrozumie mojego zachwytu ani tym bardziej przekazu i kontekstu. Reszcie jednak śmiało mogę zachwalić.

A nie grudzień?
+filmy

#7 psychopatów
O tym że to nie jest typowy film sensacyjny mogłem się domyślić że występuje tam Tom Waits. Ale to co dostałem i tak przerosło moje oczekiwania. Ten film jest dziwaczny, przebija się przez 4 ścianę, siada na widowni i komentuje sam siebie. Do tego fabularna wolta i odpowiednie dawki humoru, akcji i odrobiny prawdziwego dramatu. Wart obejrzenia i przemyślenia.



+seriale
Zamiast serialu oglądam teleturnieje. Z tym że teleturnieje brytyjskie prowadzone przez Stephena Fry i Jimmi'ego Carra. Ten pierwszy prowadzi "Qi" teleturniej który jest czymś o czym TVP może pomarzyć: intelignetna, zabawną, EDUKACYJNĄ grą w której pytania są tak trudne że punkty dostaje się za ciekawe odpowiedzi i popisywanie się wiedzą.
Carr prowadzi dziwaczne show na koniec roku i dekad o tym co wydarzyło się w ciągu ostatnich 12 miesięcy/10 lat.
Gośćmi w obu przypadkach są komicy którzy nie czytają swoich tekstów z promptera. Porządna rozrywka nie szczerząca sztucznie zębów.



+książki/komiksy



#Kapelusz pełen nieba
W przekładzie Cholewy. Słyszałem głosy że ponoć poprzednie było zabawniejsze a Cholewa niezbyt się stara. Dla mnie nowe wersje imion i Fik Mik pigle były tak nieznośne że ta wersja jest świetna i zdecydowanie bardziej czytańniejsza. 





+gry
# Hitman:Rozgrzeszenie.


Ta gra dostaje 9/10? Wszyciu! Plansze są źle zaprojektowane, skrypty oskryptowane tak że można obejść się bez kawy czekając na coś co "powinno się" wydarzyć ale nie wydarzy bo jesteśmy o 20 cm za daleko magicznego włącznika skryptu. Do tego dochodzą misje które nie są z tej gry (jest na przykład taka w której mamy uzbierać na strzelnicy więcej punktów niż jakaś tam postać) oraz elementy z Red Dead Redemption i Assasin Creeda. Usunięto mapy, które w M.O. zabójcy są dość przydatne, co spowodowało że każda plansza to zwiad bojem "co gdzie jest i jak wygląda plan piętra". Gra jest frustrująca przez swoje błędy i niedopracowanie (tym nazywam fakt ze zabicie 7 ochroniarzy miną przeciwpiechotną+beczką z benzyna+butlą z gazem nie skutkuje niczym poza punktami ujemnymi bo kolesi 10 metrów dalej wcale ten wybuch nie zainteresował). Oraz cholerne zbieractwo. Tak, zabiliśmy kogoś i mamy punkty ujemne? Nic trudnego wystarczy znaleźć żelazko, metalową rurkę i śrubokręt żeby na końcowym ekranie wynik się zwiększył. Co to jest? Curse of monkey Island czy skradanka? 
Fotka z filmu z elefantem bo ta część jest tak samo Hitmanowa jak ten film. 

#Dark Souls
To powód dla którego wiem że trudność Hitmana wynika z jego niedopracowania. Dark Souls to fantastyczna gra która nie ma być spacerem po parku i jazdą walcem po ślimakach. Nie jest wymagająca. Jest po prostu zaprojektowana jako dyspenser przyjemności wynikającej z tego że udało nam się przejść 5 metrów. Nie jestemy super żołnierzem, naukowcem o niebywale wysokich wynikach w survivalu. Dostajemy łomot na każdym kroku i jeszcze się to podoba. Mentalny masochizm. 

 JAPONFAN









Friday, December 14, 2012

Concept art #4






 
Raport z placu boju
 
Święta coraz bliżej. Gra na iPhone'a ma się dobrze. Niedługo najżmudniejszy etap, który powinien zakończyć się w połowie stycznia, by całość mogła wpaść na rynek w końcówce lutego. RTS pod znakiem zapytania. Za to otworzyła się furtka w kwestii MMORPG. Czyli nie ma tego złego. Może nowy rok rozpocznie się z przytupem :) Materiały z opisami (jeżeli ekipa pozwoli) przy okazji następnych doniesień.

Haku 

Saturday, December 1, 2012

W 2 zdaniach #2 wersja JAPONa

+filmy

#Silent Hill: Apokalipsa 3D
Zmiana podtytułu na taki który nijak ma się do fabuły (a uwierzcie Revelation ma podwójne) to polska specjalność. Druga część filmowego SH jest taka sobie. Jest jedna scena która ładnie buduje napięcie i potrafi wystraszyć ale poza tym to raczej niższa półka średniej klasy. Fanki Szałna Biłna moga poczuć się rozczarowane jego grą. Za to krótki występ McDowell'a to perełka sama w sobie. Aż żal anglików na taką produkcję.



+seriale
Nie mam  nowych seriali do obejrzenia i polecania. Chętnie przyjmę tytuły w komentarzach.


+książki


# Ciemna strona Słońca
Pratchettowa wyprawa w rejony S-F. Brakuje lekkości i dowcipu znanego ze świata Dysku i to raczej taki typowy paperback. Bliżej do Stalowego Szczura i Planety Śmierci Harrisona niż Lema czy Asimova. Porównywać tych czworo? Mogę bo to mój rant :P





 
+gry
# Fallout New Vegas
Gra która miała być lepsza niż F3 rozczarowuje (to znaczy że nie jest lepsza). Jest nudna i nijaka. Misje poboczne które mają być solą skażonej ziemi są wtórne, bez polotu a do tego źle rozpisane. Wystarczy wspomnieć że jedna z nich to latanie z Punktu A do B i nazad 4 razy. Niosąc wieść "on chce z tobą uciec" i "ona też", w drugą stronę. Po drodze zaliczając 6 loading screenów które nawet po zainstalowaniu gry zajmują dużo czasu. I tak z misji na 4 minuty spędzamy z nią pół godziny z czego 26 to oglądanie kręcącego się koła. Wrodzone lenistwo (nie che mi się jechać wymienić tego na Hitmana) kazało mi spędzić z tą grą 20 godzin, 75% tego to wymuszone "tam musi coś kurna być interesującego. Nope, to tylko kamień".
Amerykańska gra, polski scenariusz filmowy.


#Carmageddon Max Pack
Ludzie z gog.com świetnie by się odnaleźli w świecie Van Burena. Znajdują starą rzecz, odświeżają, doklejają kilka extrasów i sprzedają za cenę nowej nerki z Filipin. Tym razem nabrali mnie na Carmageddon, moim zdaniem, grę która pokazała czym jest bezmyślna przemoc, okrucieństwo w elektronicznej rozrywce i że dzieciarnia i tak położy łapę na tym co chce obojętnie ile oznaczeń PEGI będzie pudełko mieć.
Plus we wspomnianych extrasach są papierowe samochodziki z gry które można wyciąć, posklejać i dać kotu do zabawy.
Minus - jest soundtrack Fear Factory, nie ma dzwięków silnika i krzyków rozjeżdzanych ludzi które można by ustawić sobie jako dzwonek na komórce. 



 JAPONFAN

Concept art #3






Raport z placu boju
Zmiana frontu, przeniesienie się na pole ikonek i wskaźników oraz dalsze eksperymentowanie. W tle brzmią echa gry na iPhone'a oraz RTS'a na PC. Ile w tym prawdy, a ile plotek - to już zweryfikują kolejne tygodnie. Materiały z pracy z pewnością jednak nie zginą.
Haku